Gust każdy ma swój, czyli ,,Martwa jesteś piękna" w pigułce



Pozostając w sferze zabójstw i (tutaj seryjnego) mordercy, sięgnęłam po ,,Martwa jesteś piękna", drugą - po ,,Szczątkach" powieść Belindy Bauer wydaną w Polsce.

Waham się powiedzieć, że rozczarowała mnie ta lektura. Waham się, ponieważ rozczarowanie jest dość silnym uczuciem, a ,,Martwa jesteś piękna" jest w moim odczuciu lekturą tak miałką, tak płaską, że najsilniejsze, co można by przy niej poczuć, to ból - o ile zacięlibyśmy się krawędzią strony. 

Sam pomysł nie był moim zdaniem zły. Reporterka kryminalna nawiązuje przypadkowy kontakt z samozwańczym mordercą - "artystą", który w rezultacie zaczyna mieć na jej punkcie obsesję, która zostanie zaspokojona dopiero wtedy, kiedy Eve (rzeczona reporterka) stanie się perłą w koronie jego ,,dzieł".

No i dobrze. Mamy przed sobą ciekawie zapowiadający się kryminał. I co? I nic. Ponieważ MIAŁKOŚĆ.

Postacie są jak z kartonu, i to kartonu marki Stereotyp-ikarium. Eve zapieprza jak dziki osioł mając nad sobą szefa, który ustawicznie grozi jej zastąpieniem przez młodszą i ładniejszą koleżankę, obok siebie innego reportera, śliniącego się na sam widok kobiety jaskiniowca, tę "młodszą i ładniejszą" koleżankę, o której wiemy aż tyle, że ma na imię Katie - niby jakim jest ona zagrożeniem dla kariery Eve, skoro NIGDY nie pojawia się na żadnym miejscu zbrodni??? Każdy policjant jest idiotą (i okej, nie jestem może największą fanką policji, ale tych ludzi nie bierze się chyba z łapanki ulicznej), poza, uwaga, panią Emily Aguda, czarnoskórą policjantką mierzącą metr pięćdziesiąt w kapeluszu, która zostaje osobistym gorylem Eve. I ja nie mam z tym najmniejszego problemu, natomiast Eve - która dorobiła się wrzodów żołądka ze stresu przed wykopaniem z wizji przez to, jak ludzie oceniają ją po wyglądzie - już tak. Otwórz oczy, kochana, hipokryzja już dawno wyszła z mody.

Takich absurdalnych smaczków jest więcej - i do tego stopnia marszczyłam nad nimi czoło, że aż zaznaczyłam je karteczkami, czego naprawdę nigdy nie robię. Dla przykładu:

1) ,,No właśnie Terry Pleciuch. Eve westchnęła. Tak wygląda praca w redakcji informacyjnej. Tutaj nawet faceci roznoszą plotki."

Bardzo bym działa, żeby przestało pokutować przekonanie, że tylko kobiety ,,plotkują", a mężczyźni co najwyżej ,,dyskutują". Seksizm swoje, a badania swoje. Można o tym poczytać chociażby tutaj.

2) ,,Eve poczuła dziwne wzruszenie. Jej ojciec pomagał kiedyś w ten sposób nie tylko własnej rodzinie, lecz także sąsiadom. To był przykład staroświeckiej życzliwości, nieobarczonej komplikacjami wynikającymi z feminizmu."

Eve. Koleżanko. Feminizm pozwolił kobietom pracować (co robisz), brać kredyty i posiadać ziemie i nieruchomości (które właśnie w pocie czoła spłacasz) i walczy o to, żeby twój własny mizoginistyczny szef nie mógł cię odesłać na emeryturę w wieku 29 lat (no tak, mistyczna "ściana" już w zasięgu wzroku!!!) A NIE O TO, ŻEBY TOBIE (KOBIECIE) TWÓJ SĄSIAD (MĘŻCZYZNA) NIE MÓGŁ Z DOBROCI SERCA ODŚNIEŻYĆ ŚCIEŻKI. Na litość boską.

3) ,,W całym domu zapanował bezruch, a trzej mężczyźni wymienili nerwowe spojrzenia, jak gdyby w głębi duszy doskonale zdawali sobie sprawę, że kobiety, mimo miłej powierzchowności, potrafią eksplodować jak bomba z opóźnionym zapłonem."

Najwyraźniej bowiem trzech policjantów jeżdżących pomiędzy przypadkami przemocy domowej, zamieszek i morderstw, nigdy nie byli świadkami kobiety krzyczącej z frustracji, i znacznie wybiega to poza ich kompetencje miękkie.

I tak sobie łapiemy te absurdy, i gdzieś w międzyczasie pojawia się myśl, że okej - ludzie mają wady, postacie mają wady. Tylko że ta zinternalizowana mizoginia po prostu tam sobie jest, wisi i szczerzy głupią mordę, niezaadresowana. Wniosek nasuwa się sam.

Samej akcji nie mam jakoś dużo do zarzucenia, poza tym, że nie była specjalnie zajmująca. Plus za spójność i dobre tempo.

Postać mordercy - bo muszę go ocenić osobno - naprawdę koszmarnie mnie wynudziła. Do tego stopnia, że nie pamiętam nawet jego imienia. Nie przemawiało do mnie jego życiowe credo, nie przekonywała mnie wizja - a to już różni mnie od Eve, która w pewnym momencie na chwilę uznała, że no, to się klei. (Obiecuję, że WCALE SIĘ NIE KLEI. Dosłownie taki miałam wyraz twarzy, jak to czytałam.)




Podsumowując: nie wiem, co ,,Martwa jesteś piękna" miała tak dokładnie na celu, ale odnoszę wrażenie, że go nie osiągnęła. Podejrzewam, że Belinda Bauer nie celowała w to, abym wszystko wykurzyła z pamięci, pozostawiając tylko moją ulubioną postać: Duncana Singera, ojca Eve, starszego pana z demencją.


by Daria Michalska

Belinda Bauer//,,Martwa jesteś piękna"//recenzja

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

,,Nie tylko pomarańcze..." - semi-autobiografia kobiety queerowej {lesbijski klub książki #1}

,,Las Birnamski", czyli plants vs capitalism

,,Jak sprzedać nawiedzony dom" - poradnik dla opornych