,,Jak sprzedać nawiedzony dom" - poradnik dla opornych
,,Jak sprzedać nawiedzony dom" było moim trzecim (po ,,Final girls" i ,,Poradniku zabójców wampirów Klubu Książki z Południa") i jak do tej pory najbardziej udanym spotkaniem z twórczością Hendrixa. Dotychczasowe lektury nie urwały mi stosownej części ciała z zachwytu - nie było tak również, niestety, z tą najświeższą - jednak nasza relacja powoli acz konsekwentnie zmierza w coraz lepszą stronę.
Co poszło nie tak? Mniej więcej cała pierwsza połowa. Niestety, była dla mnie tak mało interesująca i angażująca, że gdyby nie moje solenne przyrzeczenie, że nie porzucam żadnej lektury, nigdy by do tej recenzji nie doszło. A doszło, bo też w momencie, w którym perspektywa przeskoczyła z Louise na Marka, na jego opowieść o życiu z Pupkinem (w Pupkinie?) coś między nami kliknęło. I trzymało już do końca.
Nie, oczywiście, żebym miała cokolwiek przeciwko Louise. W zasadzie to moim zdaniem kreacja postaci poszła Hendrixowi naprawdę fantastycznie. Postawił przed nami nie tylko rodzeństwo Louise i Marka, dwoje kompletnie od siebie różnych, wielowymiarowych i kompleksowych postaci, ale również świetnie zarysowane (choć, przez skupienie się perspektywy na dzieciach zmarłych) nieco archetypiczne i jednowymiarowe postaci poboczne. Nawet osoby, które de facto ledwo, ledwiutko w książce występowały, czyli zmarli tragicznie rodzice Louise i Marka, miały w sobie naprawdę przyjemną głębię.
Zarzucając temat tego, co mi się nie podobało, czyli przesadnie rozciągnięty i miejscami zwyczajnie nudny wstęp do prawdziwej akcji, pozwolę sobie skupić się na tym, co w mojej opinii poszło Hendrixowi absolutnie mistrzowsko - na lalkach. I to jakich lalkach!
Osobiście nie jestem osobą, która boi się lalek. Nie budzą we mnie niepokoju, nie sprawiają wrażenia, jakby wodziły za mną oczami, nie dostaję fioła próbując przekonać samą siebie, że tylko mi się wydawało, że ta lalka się uśmiechnęła, a tamta przechyliła głowę w bok. Ale te lalki... Plastyczność języka Hendrixa, jego umiejętność wpędzenia czytelnika w stany pomiędzy nerwowym niepokojem a prawdziwym strachem, naprawdę mi zaimponowały. Dawno już nie czytałam horroru z tak niekłamanym napięciem, zmuszając się do czytania rzetelnie, zamiast prześlizgiwać się wzrokiem po tekście, byleby jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej. Pupkin i jego cieniutki głosik oraz martwe spojrzenie będą mi się śniły po nocach.
Jedynym mankamentem w związku z sytuacją lalkową było tempo powrotu do zdrowia (no, może nie zdrowia, ale względnego funkcjonowania) Louise po ataku w domu. Normalnego człowieka chyba wołami by nie wyciągnięto z łóżka szpitalnego w tak krótkim czasie po otrzymaniu podobnych obrażeń (do informacji osób nieznających sytuacji - igła wbita w oko i czaszka obita młotkiem!!!). Wyglądało to bardzo mało realistycznie.
Bardzo realistyczna była z kolei rodzina Joynerów. Komunikacja? Przejrzystość? Otwartość? Panie Areczku, to wszystko dla zarządu. Dla pana są kłamstwa, unikanie tematu jak ognia i odwracanie kota ogonem, bo, jak wiadomo, najlepszą obroną jest atak. I to nie jest tak, że ja tego nie rozumiem. Są rzeczy zbyt bolesne, by rozmawiać sobie o nich luźno nawet lata od danych wydarzeń - ale na litość wszystkiego, nie, kiedy waży się życie. Ciotka Honey chyba poczuła moje pragnienie wyduszenia z niej prawdy, skoro skończyła z maseczką tlenową przyklejoną do twarzy.
Ogólnie rzecz ujmując, ,,Jak sprzedać nawiedzony dom" zebrało u mnie bardzo ładne noty na kilku różnych polach. Z prawdziwą przyjemnością sięgnę za jakiś czas po najnowsze dzieło Hendrixa, mając nadzieję, że będzie tylko lepiej i lepiej.
by Daria Michalska
Grady Hendrix//,,Jak sprzedać nawiedzony dom"//recenzja
Komentarze
Prześlij komentarz